Follow by Email

niedziela, 24 kwietnia 2016

Beznadzieja szkół skutkiem ideologiczności polskiej pedagogiki

Tekst z dnia 04.09.2012 roku.

Okazuje się, że polski profesor lub doktor pedagogiki jest w stanie napisać rocznie niespełna 70 słów tekstu naukowego w języku angielskim, który mógłby być przedmiotem oceny przez badaczy z innych krajów. 70 słów rocznie oznacza, że rodzimy „specjalista-naukowiec-pedagog” pisze tygodniowo około dwóch słów mających jakąś wartość naukową i pobiera średnią,   miesięczną pensję w wysokości 3500 złotych z jednej tylko szkoły.

W ostatnim tygodniu politycy wzywali społeczeństwo do zmiany systemu edukacji. PiS i SLD opowiadają się za likwidacją gimnazjów i powrotem do systemu z  ośmioletnią szkołą podstawową i czteroletnim liceum. Pomysł jest tak chory, jak chore są slogany wygłaszane przez obie partie polityczne. Rzecz jasna, nawoływania do likwidacji gimnazjów są podszyte chęcią kolejnego złupienia społeczeństwa. Każda bowiem reorganizacja systemu oświaty wymaga zatrudnienia ekspertów od programów nauczania, rozpisania konkursów,  napisania nowych podręczników i zlecenia pracy wydawcom. To zaś wymaga wydania kolejnych milionów z budżetu państwa dla pociotków księży (PiS) lub  dzieci i wnuków esbeków oraz peerelowskich generałów (SLD). Kryzys nadchodzi, więc trzeba znaleźć nowe źródło dochodów.

Bryndza edukacji powszechnej w naszym kraju nie jest powodowana systemem administracyjnym oświaty, lecz fatalnymi nauczycielami. Wróćmy więc do korzeni: dlaczego typowy maturzysta w naszym kraju nie umie liczyć oraz czytać ze zrozumieniem tekstów kultury? Odpowiedź:  nie nauczono go tych umiejętności w liceum. Dlaczego nauczyciele licealni nie są w stanie nauczyć młodego człowieka liczenia i czytania? Odpowiedź: bo „materiał”, który otrzymują z gimnazjów jest zdemoralizowany, ogłupiony i „autystyczny społecznie”. Efekt ten jest skutkiem stylu pracy nauczyciela z dzieckiem w szkole podstawowej. Bryndza edukacyjna jest więc ostatecznie powodowana fatalną kondycją nauczania wczesnoszkolnego. Wszystkiemu winni są więc nauczyciele klas I –III szkoły podstawowej, którzy nie są profesjonalnie przygotowani do pracy edukacyjnej  z dziećmi.

Aby móc pracować z dziećmi, nauczyciel musi posiadać dyplom ukończenia studiów w zakresie pedagogiki wczesnoszkolnej i przedszkolnej (dawniej takie studia nazywano nauczaniem początkowym). Dzisiaj wystarczy posiadać licencjat, aby uzyskać pracę nauczycielki klas I -III w szkole podstawowej. Studia pedagogiczne są w Polsce kierunkiem obleganym; „produkujemy” w Europie najwięcej pedagogów w przeliczeniu na 1000 mieszkańców. Niemal każda szkoła wyższa, oferująca lumpen-wykształcenie, posiada w swojej ofercie jakiś  kierunek studiów pedagogicznych.

Przed Okrągłym Stołem w Polsce obowiązywała pedagogika marksistowska. Jej celem było stworzenie modelu socjalistycznego człowieka. Studenci pedagogiki musieli więc uczyć się marksizmu, psychologii marksistowskiej, dydaktyki marksistowskiej i innych dziwnych przedmiotów. Taki program studiów był  zaprojektowany w celu ukształtowania przyszłego nauczyciela jako wychowawcy wdrażającego w swojej pracy  wartości składające się na system etyki socjalistycznej, którego fundamentem aksjologicznym jest zasada kolektywizmu, wspólnotowości, anty-indywidualizmu, równości oraz skromności. Socjalistyczny uczeń musiał nauczyć się pracy w grupach, działania na rzecz interesu klasy, szkoły, ulicy i swojego miasta, nie wychodzenia przed przysłowiowy  szereg, traktowania wszystkich jako równych sobie i zapomnienia o swoim ego, swoich egoistycznych potrzebach oraz swojej prywatności. Kształtując socjalistyczne społeczeństwo, poprzez szkolne apele, czyny społeczne, skargi obywatelskie do władz, zbiórki harcerskie, uczestnictwo w pochodach i celebracjach składania wieńców pod pomnikami żołnierzy radzieckich oraz w zebraniach, a także poprzez ciche, spokojne, karne wykonywanie poleceń nauczyciela zarówno podczas lekcji jak i w domu, władza  komunistyczna prze ponad  czterdzieści lat formowała polską umysłowość, nazywaną w literaturze naukowej Homo Sovieticus. W takiej atmosferze nie mogła rozwijać się nowoczesna, pedagogiczna myśl naukowa. Nasi partyjni profesorowie, uczniowie Makarenki, Heliodora Muszyńskiego, B. Suchodolskiego czy W. Okonia, nie są do dnia dzisiejszego obecni na światowym rynku naukowym w dziedzinie pedagogiki. Nie publikują w prestiżowych, zachodnich czasopismach naukowych. W naukowym rankingu wytworzonych tekstów naukowych w latach 1996 - 2010, rodzimi specjaliści od edukacji napisali jedynie 146 tekstów opublikowanych w najważniejszych czasopismach pedagogicznych na świecie. Dla porównania, dane dla innych, wybranych krajów prezentują się następująco: Turcja (1886), Brazylia (1834), Grecja (712),  Malezja (386), Meksyk (354), Cypr (268), Kuba (242), Iran (178), Bułgaria (149).  W rankingu osiągnięć w zakresie dyscyplin pedagogicznych zajmujemy 44 pozycję na świecie; w przeliczeniu zaś na liczbę szkół wyższych jesteśmy w ogonie europejskiego rankingu. Skoro w naszym kraju jest  obecnie około 448 szkół wyższych, to w ciągu 15 lat każda szkoła wyższa działająca obecnie w naszym kraju osiągnęła wynik naukowy w postaci 0.3 dziesiątych artykułu z dziedziny pedagogiki, który nadaje się do pokazania światowej społeczności akademickiej. Jeszcze bardziej wstrząsające jest to, że polskie szkoły wyższe rocznie publikują średnio dwie setne (czyli 2%) tekstu pedagogicznego w ciągu roku (podziel 0.3 na 15 lat). Tragizm sytuacji jednak  ujawnia się dopiero wtedy, kiedy przeliczymy ostatni wynik na jednego pracownika naukowego w typowym instytucie pedagogiki jakiejkolwiek polskiej szkoły wyższej.  Okazuje się bowiem, że w standardowym instytucie pedagogiki jest zatrudnionych około 30 pracowników naukowych  (oszacowanie to nie obejmuje doktorantów; jest więc życzliwie zaniżone). Zwykle artykuł naukowy w dziedzinie pedagogiki, ukazujący się w poważnym czasopiśmie naukowym, zawiera około 10 tys. słów. Dysponując takimi danymi, można łatwo obliczyć to, ile rocznie, poważnych słów - nadających się do upowszechnienia na światowym rynku akademickim -  wytwarza typowy, polski naukowiec zajmujący się kwestiami edukacyjnymi. Wystarczy wykonać następujące obliczenie: 2% z 10000 podziel na 30. Okazuje się, że polski profesor lub doktor pedagogiki jest w stanie napisać rocznie niespełna 70 słów tekstu naukowego w języku angielskim, który mógłby być przedmiotem oceny przez badaczy z innych krajów. 70 słów rocznie oznacza, że rodzimy „specjalista-naukowiec-pedagog” pisze tygodniowo około dwóch słów mających jakąś wartość naukową i pobiera średnią, miesięczną pensję w wysokości 3500 złotych z jednej tylko szkoły.

Zaprezentowane dane ujawniają jeszcze głębszy tragizm beznadziei polskiej pedagogiki, gdy uświadomimy sobie wielkość „makulaturowej” produkcji wychowawców przyszłych nauczycieli. Otóż, „naukowcy-pedagodzy” należą do tych przedstawicieli branży akademickiej, którzy najwięcej publikują w rozmaitych materiałach pokonferencyjnych, skryptach, poradnikach i innych dziwnych wydawnictwach. Czego więc na studiach pedagogicznych może nauczyć się przyszły, polski nauczyciel, skoro jego tutor pisze tylko dwa wartościowe poznawczo słowa tygodniowo? Z pewnością absolwent studiów pedagogicznych dowie się „niezwykłej prawdy”, że start edukacyjny dziecka bezrobotnego jest gorszy od  startu dziecka dyrektora banku; że praca z dziećmi jest nadzwyczaj odpowiedzialna i do pracy nauczycielskiej trzeba mieć powołanie !!!

Czy istnieją jakieś szanse na poprawę kondycji polskiej pedagogiki? Nie, ponieważ po Okrągłym Stole  większość naszych profesorów pedagogiki zajmuje się „naukowo” aksjologicznymi, etycznymi i moralnymi aspektami wychowywania. Różnica między pedagogiką socjalistyczną a dzisiejszą polega na tym, że współcześnie nie wypada już cytować Marksa; trzeba zaś cytować Jana Pawła II-go i innych wybitnych przedstawicieli katolickiej nauki społecznej oraz katolickiej etyki.  W sytuacji, gdy światowa pedagogika jest uprawiana w kontekście psychologii poznawczej, logiki matematycznej oraz kognitywistyki i semiotyki, w Polsce preferuje się eschatologię pedagogiczną – modele wychowania ku śmierci, życiu wiecznemu i szczęściu na  tle  obrazka  Matki Boskiej Narodowej i jej dzieciątka. Ci pedagodzy, którzy nie uczęszczają do kościoła,  czują lęk przed tymi przemodlonymi; być może czytają po angielsku poważne artykuły naukowe. Czynią to jednak w zaciszu domowym, gdyż studentom tych lektur nie zadają do przestudiowania.

Byłbym pesymistą, gdybym nie zaprezentował jakiejś metody uzdrowienia sytuacji. Wymaga ona zastosowania techniki ostrego cięcia. Minister Edukacji we współpracy z Ministrem Nauki powinien zadekretować likwidację wszystkich, tradycyjnych instytutów pedagogiki w Polsce i nakazać ich przekształcenie w instytuty pedagogiki i kognitywistyki. Programy studiów pedagogiki wczesnoszkolnej i przedszkolnej  powinny zostać obowiązkowo i rewolucyjnie zmodyfikowane. Przyszły nauczyciel klas I –III powinien uczyć się przede wszystkim psychologii poznawczej, logiki matematycznej, informatyki, kognitywistyki, epistemologii, semiotyki oraz umiejętności operowania artystycznymi gadżetami (pianino, baletki oraz pędzelek, nożyczki i farbki). Jeśli polska pedagogika nie zostanie przekształcona na pedagogikę poznawczą (kognitywną), to nasze dzieci będą jedynie nadawały się do mycia garów w pubach w Londynie, Barcelonie, a kto wie – może i w Ankarze.

Niech Kaczyński i Miller przestaną wtrącać się w poważne sprawy naszych pociech; zostawmy je wybitnym specjalistom od ludzkiego umysłu!

Wojciech Krysztofiak (autor prac naukowych w: „Synthese”, „Husserl Studies”, „Axiomathes”, „Semiotica”, „Filozofia Nauki”)

http://www.facebook.com/pages/Fan-Klub-Krysztofiaka/397324376997122