Follow by Email

piątek, 19 grudnia 2014

MARIA GONIEWICZ PRAGNĘŁA OSIĄGNĄĆ BOSKI PUNKT WIDZENIA. O „EGZYSTENCJALIZOWANIU” I PRZEKRACZANIU GRANIC.




Maria Goniewicz nie jest ani psychicznie chora ani psychopatką. Jej przypadek nie poddaje się analizie ani psychiatrycznej ani psychologicznej. To nie ona zabiła, ale jej Ja filozoficzne to uczyniło, poszukując testu na autentyczność. Czy można było uniknąć tej zbrodni? Poezja Goniewicz przejawia się w nieustannych próbach dostosowania świata do jej Ja filozoficznego. Jej konstrukcje posiadają silny ładunek nastrojowy, który wywołuje egzystencjalne stany transowe.  Z jej punktu widzenia, były to stany dążenia do dominacji nad światem. W jej wierszach,  Ja filozoficzne patrzy na świat z zewnątrz. Gdyby Maria Goniewicz zauważyła na lekcjach filozofii, że nie ma absolutnego, boskiego punktu widzenia, nie zabiłaby.  Niestety polski system edukacyjny nie pozwala młodym ludziom dojrzeć tego „meta-faktu epistemicznego” z powodu rugowania myślenia filozoficznego w szkole przez  panującą doktrynę religijną. Maria Goniewicz uczęszczała do gimnazjum katolickiego. Tam została nafaszerowana kategoriami: absolutnego punktu widzenia, świata wyróżnionego czy nawet wartości wyróżnionych. Zaczęła poszukiwać św. Grala egzystencji. Nikt jej nie powiedział, że  wszystko o czym mówimy, jest wyłącznie  efektem naszych stwórczych mocy narracyjnych.

Opinia publiczna rozpoczęła lincz werbalny na osiemnastolatce, która wraz ze swoim chłopakiem zamordowała z zimną krwią, metodą „dorzynania”, rodziców swojego chłopaka. Na forach internetowych tylko nieliczni  pozwalają sobie na uniknięcie określania jej jako „psycholki, suki, dziwki czy kurwy”. Pomimo tej zbiorowej nagonki,  przypadek Marii Goniewicz wywołuje niesamowite zainteresowanie wśród intelektualistów.   W końcu zapowiadała się –  chyba nadal zapowiada się -  na wybitną poetkę.






Jej wiersze są bardzo dobre zarówno pod względem siły obrazowania jak i lekkości frazy. Pisze o sensie, nieistnieniu, niebycie, miłości. Ze słowa wyciska nadzwyczaj subtelne znaczenia i sensy przenośne. Teoretyk literatury nie będzie miał problemu z określeniem prądu literackiego, pod którym Maria Goniewicz musiałaby podpisać się. To egzystencjalizm w wersji noir.

Maria Goniewicz jak Alex z Mechanicznej pomarańczy Stanleya Kubricka

Wiersze nastoletniej poetki są przejmujące w jej psychodelicznych momentami poszukiwaniach autentycznej miłości. Choćby ten:

zostań kiedyś na noc
bądź powodem niewyspania
scałuję z ciebie smutek
wgryzę najdelikatniej miłość
na dobry sen
wymruczę ci tęsknotę
(wróć)

W innym wierszu, autorka buduje nastrojowo byt miłości w kontekście lekarstwa, które zażywa się z niedoborów witamin we krwi.  One pragnie naćpania się miłością.

Ty
niedobór w krwi mojej
powód nieistnienia
chorobliwie niepełna
Ciebie jestem
lekarz jest zbędny
nic mi nie pomoże
przecież
nie wypisze mi Cię na receptę
jak by Cię
zażywać
nie wiem
najpiękniej umrzeć
z przedawkowania
(chodź)
Główny bohater filmu Kubricka również zabił. Górował nad światem, poszukiwał jakiegoś sensu w doświadczanym chaosie;  świat go nie bolał,  „brał” go na zimno, z wyrachowaniem. Alex znalazł swój sens i autentyzm w wolności do nieskrepowanej przemocy.

Film Kubricka okazał się „kultowym przebojem”. Reżyser „wpuszcza”    intelektualnie wyrobionego widza w niesamowity, paradoksalny styl odbioru dzieła. Widz pod koniec filmu zaczyna solidaryzować się z Alexem, zaczyna odczuwać „krzywdę”, jaką  opresyjny system polityczny  wyrządza bohaterowi-mordercy. Historia Marii Goniewicz jest podobna do tej, wymyślonej przez Burgessa (autor powieści, poprawionej przez Kubricka). Czy sama ją wyreżyserowała? Czy chciała się upodobnić do Alexa?

Poszukiwania autentyczności

W dyskursie publicznym, po drugiej wojnie światowej, w szczególności w latach sześćdziesiątych, oszałamiającą karierę zrobiła  kategoria „autentyczności” biorąca początek w filozofii egzystencjalistycznej.   Rewolucja Dzieci Kwiatów czy też ruchy terrorystyczne w Europie, USA i Japonii  uczyniły z niej podstawową kategorię służącą ocenie naszych doświadczeń. Dobrymi są tylko autentyczne przeżycia, złymi są wyłącznie nieautentyczne przeżycia.   Sens życia został zdefiniowany anty-eugenicznie.  Poszukiwania autentyczności stanowią bowiem praktyki kolekcjonowania przeżyć, a nie naprawiania  ludzkości czy kondycji indywiduum ludzkiego. W tym sensie, „autentyzacja ludzkiej egzystencji” nie jest motywowana kultywowaniem jakichś idei, celów czy wartości. Egzystencja staje się subiektywnością rozumianą jako strumień przeżyć wypełnionych „autentyczną treścią”. Z egzystencjalistycznego punktu widzenia, uzewnętrznianie się świadomości ma stanowić wyłącznie instrument do konstytuowania własnej subiektywności Ego na drodze kolekcjonowania ciekawych przeżyć.

W 2005 roku opublikowałem w krajowym, prestiżowym czasopiśmie filozoficznym, Filozofia Nauki, figurującym na Liście Filadelfiskiej (Web of Knowledge, Core Collection), tekst w którym konstruuję model lingwistyczny aktu egzystencjalnego filozofowania http://www.fn.uw.edu.pl/index.php?d=autorzy&imie=Wojciech&nazwisko=Krysztofiak. Akty te stanowią szczególny rodzaj aktywności świadomości, nakierowanej na osobliwe przedmioty, wypełnionej osobliwymi treściami i nastrojonej w szczególny sposób. Ich istotą jest projektowanie w przestrzeni mentalnej Ja granicznych konstrukcji, w wyniku czego świadomość zaczyna odczuwać osobliwe nastroje. Filozofowanie egzystencjalne (na serio) można by przyrównać do „ćpania”, tylko że zamiast trawy, „egzystencjalny ćpun” odżywia się  osobliwymi treściami semantycznymi, które wprowadzają go w nastroje transowe (nastroje noetyczne).  

Nietzsche opisał jedną z takich postaw, którą uosabia Zaratustra. Przyjmując tę postawę, spoglądamy na świat z boskiego punktu widzenia jako pole władzy Ja. Świat dla świadomości staje się polem realizowania wszelkich,  arbitralnych projektów – motywowanych wyłącznie performatywnym celem ziszczenia się planu. O boskim punkcie widzenia również Wittgenstein pisał w najsłynniejszym dziele filozoficznym wszechczasów, mianowicie w Traktacie logiczno-filozoficznym. Z boskiego punktu widzenia, świat zaczyna się jawić Ja filozoficznemu jako „mój świat”. Dlatego Wittgenstein powiada, że świat i życie to jedno i to samo. W Ja filozoficznym dokonuje się internalizacja świata do subiektywności w taki sposób, że Ja psychologiczne uświadamia sobie, że nie ma w nim żadnych wartości ani antywartości. Dlatego jedynymi sensownymi aktami życiowym są wyłącznie praktyki obrazowania faktów, a więc bezrefleksyjne czynności podporządkowywania się nim.

Maria Goniewicz naćpała się autentycznością

Poezja Goniewicz przejawia się w nieustannych próbach dostosowania świata do jej Ja filozoficznego. Kategoria świata nierzadko służy jej jako środek ekspresji. Co ciekawe, jak u Wittgesnteina, występuje obok innego pojęcia: rzeczywistości. Obie kontrastuje ze swoją subiektywnością. Jej figury zwykle są skonstruowane  według schematu opozycyjnego (coincidentia oppositorum zanalizowanego najgłębiej przez Eliade): Ja – świat (rzeczywistość). Poetka  często wyraża pretensję do świata, że nie może się on dostosować do jej Ja. Niekiedy zaskakuje ustanawianiem zimnego, chłodnego dystansu miedzy sobą i światem. Niektóre wiersze są rozmowami z jakimś odbiorcą (nie wiadomo czy osobowym czy ideą).

wiesz
to jest tak
wszyscy mają jakieś oczekiwania
ja
czekam na coś
co nigdy się nie wydarzy
czekam na kogoś
kto nigdy się nie pojawi
a inni
oczekują ode mnie
że przestanę czekać

Jej konstrukcje posiadają silny ładunek nastrojowy, który wywołuje egzystencjalne stany transowe.  Z jej punktu widzenia, były to stany dążenia do dominacji nad światem. W jej wierszach,  Ja filozoficzne patrzy na świat z zewnątrz. Ono w nic się nie angażuje w świecie  - kiedy czeka na kogoś, to wie, że jej czekanie jest bezprzedmiotowe.

Jak przekuć autentyczność narracyjną w rzeczywistość

Życie Marii Goniwicz w „realu” można zinterpretować jako próby przekształcania autentyczności narracyjnej w rzeczywistość. Jej doświadczenia seksualne z młodszą o dwa lata koleżanką (Maria została oskarżona o uprawianie seksu z niepełnoletnią koleżanką) manifestują potrzebę realnego przeżywania stanów granicznych. Być może również przekuła w rzeczywistość  przypadkowy orgazm z przypadkową osobą:

przychodzi kolejna
o czym z nią rozmawiać
w sumie po co
skoro i tak skończy się tak samo
nawet nie wiem już jak jej na imię
głupio będzie krzyczeć czyjeś inne
może spytam
nie
w sumie po co
 coraz częściej pytają
do czego dojdę w życiu
najszybciej
do orgazmu
z przypadkową osobą
spotkaną w nieistotnym miejscu życia

Literacki motyw dobrowolnego seksu z brudnym kloszardem (przypominający tematy noblistki Jelinek) jawi się w odbiorze literackim jedynie jako  „wyobrażenie”. Zacytowany wiersz obrazuje sytuację kolejnego, przypadkowego, nieistotnego seksu w nieistotnym miejscu życia z jakąś „kobietą-osobnikiem” (przypadkową osobą). Czy Maria Goniewicz przekuła tę literacką narrację w rzeczywistość?

Morderstwo, jakiego dokonała, sugerowałoby, że stanowiło ono środek przekucia literackiego transu w twarde fakty świata. Zabiła, bo chciała być autentyczna. W swojej narracji dominowała nad światem, przestawiała w nim pionki; ale taki świat był wyłącznie jej subiektywnością. Dokonując krwawej jatki, chciała uczynić własną literaturę twardą rzeczywistością. Pod pewnym względem usiłowała zakpić z Dostojewskiego, Sartre’a czy nawet Camus’a. Ci wielcy egzystencjaliści  wyłącznie prefabrykowali światy możliwe. Ona zaś jeden z takich światów możliwych uczyniła realnym.  A motywem było, być może, przekroczenie tabu literackiego: skoro kreujesz turpistyczny świat możliwy, to uczyń go realnym. Jeśli wyobrażasz siebie w samo-upodleniu, to zrób to.

Wittgenstein w swoim Wykładzie o etyce napisał:

Wspomnę od razu o innym doświadczeniu, które także znam i z którym niektórzy z was mogą być zaznajomieni: jest nim to, co można by nazwać doświadczeniem uczucia absolutnego bezpieczeństwa. Chodzi mi o stan umysłu, w którym ma się skłonność rzec: „jestem bezpieczny, nic, cokolwiek się zdarzy, nie może mnie zranić”.
 
Aresztując Marię Goniewicz, policjanci byli zaszokowani jej reakcją. Była spokojna;  czuła się bezpiecznie. Czy mord jakiego dokonała, miał być testem na osiągnięcie stanu absolutnego bezpieczeństwa, które  jest wyłącznie właściwością Boga.  Ten bowiem nie płacze nad losem świata i jego historii. Choć ludzie mordują siebie wzajemnie, Bóg jest zawsze spokojny, stabilny i nie zmienia swojego systemu wartości. Osiągnięcie boskiego punktu widzenia (w tym Wittgensteinowskim sensie) jest równoznaczne z postawą niewzruszenia emocjonalnego w stosunku do gry wszelakich możliwych światów, które losowo przekształcają się w rzeczywistość.

Puenta

Maria Goniewicz nie jest ani psychicznie chora ani psychopatką. Jej przypadek nie poddaje się analizie ani psychiatrycznej ani psychologicznej. To nie ona zabiła, ale jej Ja filozoficzne to uczyniło, poszukując testu na autentyczność. Czy można było uniknąć tej zbrodni?

Wystarczy spojrzeć na jej frazy w wierszach, aby wywnioskować, iż była piekielnie utalentowaną, młodą pisarką. Bez wątpienia – oczytaną w literaturze pięknej.  Niestety, pod pewnym względem była niedojrzała. Naćpała się autentycznością, nie rozumiejąc tego, że to tylko jedna z wielu form konstruowania artefaktów. Nikt jej nie powiedział, że boski punkt widzenia, autentyczność, egzystencja to tylko kategorie  pojęciowe służące filozofom do budowania  ich „zamków na piasku”.



Maria Goniewicz uczęszczała do gimnazjum katolickiego. Tam została nafaszerowana kategoriami: absolutnego punktu widzenia, świata wyróżnionego czy nawet wartości wyróżnionych. Zaczęła poszukiwać św. Grala egzystencji. Nikt jej nie powiedział, że  wszystko o czym mówimy, jest wyłącznie  efektem naszych stwórczych mocy narracyjnych. Nikt jej nie powiedział, że świat obiektywny sięga jedynie do granic cyfr, liczb i  liczebników. Gdyby Maria Goniewicz przeszła „terapię logiczną”, nie zabiłaby; swoim „egzystencjalnym świntuszeniem w stylu noir” mogłaby dalej zajmować się, traktując je jako wyłącznie intelektualną grę. 

Gdyby Maria Goniewicz zauważyła na lekcjach filozofii, że nie ma absolutnego, boskiego punktu widzenia, nie zabiłaby.  Niestety polski system edukacyjny nie pozwala młodym ludziom dojrzeć tego „meta-faktu epistemicznego” z powodu rugowania myślenia filozoficznego w szkole przez  panującą doktrynę religijną. To Ja filozoficzne zabija (które jest szaleńcze), a nie filozofowie – bo oni go nie mają już w sobie. Katecheza niestety nie zabija Ja filozoficznego poszukującego absolutnego punktu widzenia; zabija je dopiero edukacja logiczno-filozoficzna, oferująca pluralizm światów, projektów, perspektyw i punktów widzenia. Dlatego Platon domagał się wypędzenia poetów z państwa. Oni bowiem nie „przeszli kursu algebry”.

***
Wojciech Krysztofiak (autor prac naukowych w czasopismach Listy Filadelfijskiej: „Synthese”, „Husserl Studies”, „Axiomathes”, „Semiotica”, „Filozofia Nauki”, „History and Philosophy of Logic”, „Foundations  of Science”; uczestnik Seminarium filozoficznego w Paryżu, z okazji wstąpienia Polski do Unii Europejskiej; stypendysta: The Norwegian Research Council for Science and the Humanities, The Soros Foundation-Open Society Institute), od 2014 członek Honorary Associates Rationalist International.




Cennik reklam: 10 złotych na dobę za umieszczenie reklamy na stronie postu (niezależnie od ilości kliknięć). Kontakt: wojciech.krysztofiak@gmail.com