Pokazywanie postów oznaczonych etykietą giełda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą giełda. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 grudnia 2017

CZY W POLSCE ISTNIEJĄ LIBERAŁOWIE? JAK POKONAĆ PIS?

Karolina Wigura z "Kultury Liberalnej" stawia dwa ważne pytania: Dlaczego my, liberałowie nie jesteśmy przekonujący dla obywateli? Czy nie powinniśmy poszukać skuteczniejszego języka sprzeciwu wobec pisowskiej narracji? 

Można na nie odpowiedzieć w nader prosty i klarowny sposób. Liberałowie nie są przekonujący dla obywateli, gdyż ich zasadniczo nie ma w Polsce. Skuteczny sprzeciw wobec pisowskiej narracji wymaga zaś wyraźnej ekspozycji liberalnego punktu widzenia w publicznej przestrzeni dyskursu politycznego. Innymi słowy, liberałowie są nieskuteczni, gdyż to środowisko jest liczebnie niewielkie.

Istotą liberalizmu jest apoteoza rywalizacji w grach rynkowych

Liberalizm jako nurt polityczny posiada wiele swoich odmian, charakteryzowanych na gruncie różnych systemów pojęciowych. Łączy je jednak pewna wspólna, bardzo ogólna zasada, która mówi, iż każdy człowiek ma prawo do uczestnictwa w dowolnej, nietoksycznej grze rynkowej - czyli takiej, która nie zwiększa stopnia społecznego zniewolenia czy też, mówiąc w języku heglowsko-marksowskim, nie wzmacnia procesów alienacji społecznej. Zróżnicowanie liberalizmu jest wynikiem różnego rozumienia toksyczności gier rynkowych oraz różnic w definiowaniu roli państwa w ustanawianiu mechanizmów blokujących powstawanie toksycznych gier rynkowych w życiu publicznym obywateli. 

Z powyższego, akademickiego określenia liberalizmu można, przykładowo, wyprowadzić wiele liberalnych dezyderatów: (1) Ludzie mają prawo do wygrywania w grach rynkowych, (2) Rolą państwa jest stwarzanie nowych plansz gry dla przegranych, (3) Nie wolno blokować procesów wyłaniania się nowych gier rynkowych, (4) Nie można niszczyć nietoksycznych gier rynkowych, (5) Nie wolno grać nieczysto (faule w grze rynkowej są zakazane).

Z liberalnego punktu widzenia, życie społeczne jest dla jednostki trudne, gdyż istotą rynkowej gry jest to, że zwycięstwo jednych wymaga porażki innych: przegrana jednych jest koniecznym warunkiem wygranej innych. Co więcej, odsetek wygranych jest zawsze niewielki w porównaniu z odsetkiem przegranych. Żyjemy więc nie po to, aby wygrać, lecz po to, aby przegrać. Zasadniczo wszyscy jesteśmy przegranymi w ostatecznym rozrachunku. Ludzie zaś na ogół nie chcą przegrywać. Perspektywa porażki wywołuje u większości z nas rozmaite lęki alienacyjne. Obrona przed porażką powoduje, że zaczynamy nieczysto grać, faulując brutalnie konkurentów. Niekiedy nawet zabijamy, żeby nie przegrać.

Faule w grach rynkowych

Lęk przed porażką w grze rynkowej uruchamia w nas stosowanie schematu „faulu rynkowego”. Pewna kategoria ruchów w grach jest naznaczana performatywnie przez arbitrów w taki sposób, że ruchy o ustanowionych z góry własnościach prowadzą do zwycięstwa. Następnie, arbitrzy uruchamiają mechanizm reglamentacji takich naznaczonych ruchów wśród graczy. Stosowanie schematu faulu rynkowego daje taki efekt, że zwycięża na ogół ten, który ma zwyciężyć, a przegrywa ten, który ma przegrać. Zdarzają się czasami genialni gracze (np. Lepper do pewnego momentu), którzy pomimo permanentnej obecności faulu rynkowego w grze, zwyciężają, stosując sprytne, inteligentne ruchy nienaznaczone przez arbitrów jako prowadzące z góry do zwycięstwa.


Warunkiem funkcjonowania efektywnego systemu liberalnego jest  sprawne funkcjonowanie instytucji demaskatora faulów rynkowych. W nowoczesnych państwach, rolę demaskatorów fauli spełniają zwykle eksperci (np. tzw. "eksperci od wiązów" w sensie J. Fodora) oraz media. Jeśli takie instytucje obnażania nieczystych praktyk rynkowych nie funkcjonują dobrze, to wielu obywateli rezygnuje z uczestnictwa w grach rynkowych. Na planszy pozostają „faulujący się nawzajem brutale”. Wówczas gra rynkowa zamienia się w „mordobicie” albo w „układ zamknięty”. Rodzi się społeczeństwo totalitarne, w którym stopień swobody w wyborze ruchu w dowolnej grze jest ograniczony do maksimum. Każdy ruch obywatela na dowolnej planszy gry rynkowej jest poddany kontroli państwa, pełniącego rolę arbitra.

Faul katolicki

W polskiej grze politycznej, której łupem jest pozyskanie foteli parlamentarnych, posad rządowych, samorządowych, w spółkach Skarbu Państwa i innych instytucjach publicznych, mamy do czynienia od początku transformacji ustrojowej z permanentną obecnością „faulu katolickiego”.  Przejawia się on jako takie naznaczenie ruchów w grze o sukces polityczny, iż gracz uzyskujący poparcie ze strony Kościoła posiada większą szansę na zwycięstwo, niż gracz, któremu katoliccy kapłani odmawiają poparcia. Mówiąc po ludzku: jeśli księża odmawiają ci poparcia, twoje szanse na zwycięstwo wyborcze lub uzyskanie intratnej posady w sferze publicznej maleją.

Oni ustawiają grę w Polsce.

Ilu jest dyrektorów szkół w typowym miasteczku powiatowym w Polsce, których ksiądz nie widział na mszy w przeciągu pięciu lat? Ilu jest radnych w typowej radzie miejskiej miasta będącego stolicą województwa, którzy publicznie napiętnują pedofilię w Kościele katolickim? Ilu jest członków rad nadzorczych w spółkach Skarbu Państwa, którzy nie zgadzają się na organizowanie w firmie katolickich celebr świątecznych? Odpowiedzi na te pytania właśnie weryfikują to, że warunkiem sukcesu w polityce jest brak posiadania przez gracza negatywnego stygmatu kościelnego.

Wszystkie partie polityczne w Polsce faulują po katolicku

Katolicki faul w grze politycznej w Polsce zamanifestował się w 1992 roku w sposób najbardziej jaskrawy i obrażający uczucia liberalne podczas rządów Hanny Suchockiej. Na wniosek rządu, Sejm uchwalił skandaliczną ustawę o radiofonii i telewizji, której art. 18.2 mówi:  Audycje lub inne przekazy powinny szanować przekonania religijne odbiorców, a zwłaszcza chrześcijański system wartości.

Zgodnie z zacytowanym paragrafem, każdy przekaz medialny powinien szanować chrześcijański system wartości. W rozumieniu literalnym, przywołany artykuł nakazuje nadawcy emisję wyłącznie takich przekazów, w których wyrażony jest szacunek do chrześcijańskiego systemu wartości. Oznacza to, że spoty reklamowe (będące przekazami medialnymi) emitowane podczas kampanii politycznej powinny szanować chrześcijańskie wartości. Art. 18.2 naznacza więc ruchy w grze politycznej według takiego oto dictum:  Jeśli chcesz wygrać wybory powinieneś do wyborców adresować taki program polityczny, który szanuje chrześcijański system wartości.

Żadna partia po uchwaleniu Konstytucji, gwarantującej równość działania partii politycznych, nie wniosła do Trybunału Konstytucyjnego wniosku o zbadanie zgodności z Konstytucją art. 18.2 ustawy o radiofonii i telewizji. Artykuł 11 Konstytucji RP mówi: Partie polityczne zrzeszają na zasadach dobrowolności i równości obywateli polskich w celu wpływania metodami demokratycznymi na kształtowanie polityki państwa. Zgodnie z nim, wszyscy obywatele są równi w zakresie wpływania metodami demokratycznymi na politykę naszego państwa. Artykuł 18.2 ustawy o radiofonii i telewizji tę równość kwestionuje. Z punktu widzenia tego artykułu, nie można wpływać za pomocą przekazów radiowo-telewizyjnych na politykę państwa, która byłaby neutralna względem chrześcijańskiego systemu wartości, gdyż w takich przekazach z pewnością nie jest wyrażony szacunek dla wartości chrześcijańskich.

W Polsce nie ma żadnej liberalnej partii

Z liberalnego punktu widzenia, art. 18.2 ustawy radiowo-telewizyjnej jest skandalem. Skoro obecnie funkcjonujące partie w polskim Sejmie nie podniosły dotychczas larum w sprawie tego artykułu, to oznacza to, że akceptują one schemat „faulu katolickiego” w polskiej grze politycznej.  

Nie tylko więc PiS fauluje w politycznej grze rynkowej. Opozycyjne partie mają wiele brutalnych fauli katolickich na swoim sumieniu, ale – nie tylko. Nawet w obecnej rozgrywce o sądy dochodzi ze strony przedstawicieli  obozu, który nazywa siebie liberalnym,  do paskudnych fauli.

Publiczność polityczna nie zawsze jest w stanie wychwycić faul polityczny. Potrzebuje demaskatorów. Niestety takich na polskim rynku brakuje z niewielkimi wyjątkami, jak np. Paweł Śpiewak czy Adrian Zandberg (antyliberał). Jeśli więc nasi nieliczni  liberałowie chcą zaistnieć na rodzimej scenie politycznej, to przede wszystkim powinni zająć się praktykami wychwytywania fauli w grze politycznej, których dopuszczają się w sposób żenujący wszystkie partie polityczne obecne w Sejmie. 

Puenta

W polskim społeczeństwie istnieje olbrzymi potencjał przyzwolenia na organizację życia publicznego według liberalnych zasad rywalizacji rynkowej (oczywiście bez fauli rynkowych). Zaświadcza o tym to, że jesteśmy społeczeństwem uwielbiającym gry komputerowe, giełdowe, spekulację na Forexie czy rynkach Bitcoina, a także - kibicowanie celebrytom sportu i show-biznesu (o tym zaświadcza to, że w Google Trends zasadniczo najczęściej odwiedzanymi postami w Internecie są te, które serwują newsy sportowe lub o celebrytach).


Polscy gracze stanowią naturalny elektorat dla partii liberalnej. Ich zaktywizowanie wymaga istnienia liberalnych demaskatorów fauli w grze politycznej, których dopuszczają się politycy PiS, Kukiz’15, PO, Nowoczesnej, PSL i SLD. Aby demaskowanie faulów miało charakter twórczy politycznie, demaskatorzy muszą zostać wyposażeni w instrument czerwonej kartki, umożliwiający zdjęcie z politycznego boiska faulującego polityka dowolnej opcji. Częściowo takim instrumentem mogą być kampanie medialne o szerokim zakresie oddziaływania, apelujące o wyrzucenie z rynku faulujących polityków z każdej strony barykady (gry rynkowej). 

Szanse na zatrzymanie pochodu PiS po absolutną władzę wzrosną dopiero wtedy, gdy media wypromują autentycznych liberałów-demaskatorów. To zaś będzie wymagało uderzenia nie tylko w  PiS, ale również w PO czy Nowoczesną. Pytaniem otwartym pozostaje to, czy media są w stanie wypromować efektywnych demaskatorów. Wpadka z Kijowskim nie nastraja optymistycznie. 


 ***

Wojciech Krysztofiak - autor artykułów naukowych w czasopismach: „Synthese”, „Husserl Studies”, „Axiomathes”, „Semiotica”, „Filozofia Nauki”, „History and Philosophy of Logic”, „Foundations of Science”; autor ksiązki “Egzystencjalizm logiczny. Metafizyczne studium nad Traktatem logiczno-filozoficznym Wittgensteina (Wydawnictwo Naukowe Semper 2017); stypendysta: The Norwegian Research Council for Science and the Humanities, The Soros Foundation-Open Society Institute; członek The Rationalist International; laureat grantu badawczego (na lata 2017-19) Narodowego Centrum Nauki na temat mechanizmów profilowania przestrzeni narracyjnych.          
    





smallseotools.com –  pagerank checker

niedziela, 17 kwietnia 2016

Czy socjalizm powraca? Czy powróci moda na PGR-y (budowlane)?

Tekst z 07.07.2012 roku

Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że do Europy powraca socjalizm. Na razie dzieje się to w sferze mentalnej. Tu i ówdzie słyszy się wypowiedzi polityków, ekspertów czy autorytetów opinii o konieczności ponownej nacjonalizacji upadających gałęzi gospodarki.

W Polsce zaś  ów socjalistyczny sposób interpretacji gospodarki przybiera nader niebezpieczną postać. Prezesi firm budowlanych i niektórzy politycy apelują o nacjonalizację (czyli upaństwowienie) upadających korporacji.  Inicjatorem wskrzeszenia idei socjalizmu był Janusz Palikot, który w dniu święta  klasy robotniczej  zaapelował do ludu pracującego miast  i wsi o budowę państwowych fabryk.  Po wygranych wyborach we Francji  przez  socjalistę Hollanda, palikotowy żart ma szansę  wcielić się w społeczną  tkankę  Europy. Wystarczy, żeby SPD wygrała wybory w Niemczech. Czy czeka więc nas w Eurolandzie nowe polityczne rozdanie idei? Czy budowlane  PGR-y  staną się  modne?

Metodą na  radzenie sobie z kryzysem w sektorze banków jest ich tymczasowa nacjonalizacja, która może przybrać rozmaite formy instytucjonalne (wykup udziałów lub obligacji czy w końcu przyznanie nisko oprocentowanych kredytów ze strony banków centralnych i ich agend w postaci funduszy celowych). Czy pomysł ten daje się zastosować na rynku budowlanym?

Upadek PBG   został przetestowany w sposób szczególnie bolesny  na  politykach, dygnitarzach i ich rodzinach. Kursy giełdowe również  innych firm budowlanych, takich choćby jak Polimex-Mostostal, Budopol, GTC czy inne mające w swojej nazwie sufiks lub temat słowotwórczy „-most”, odzwierciedlają  ich fatalną  kondycję  finansową.  Akcjonariusze tracą  grube miliardy złotych.  Aby uzmysłowić sobie skalę strat  wielu politycznych celebrytów, wystarczy przeanalizować kurs akcji PBG (firmy współ-budującej stadiony na Euro).  Trzy lata temu za firmę płacono ponad 300 zł za papier, dzisiaj akcja kosztuje około 10 zł.    Grupa trzymająca władzę straciła; mistrzostwa Europy  w piłkę nożną nie dały zwrotu z zainwestowanego kapitału. Klapa! I palpitacja zranionych serc!!

Jakie jest więc wyjście z takich finansowych opresji?  Należy odwołać się do idei socjalistycznych (europejski klimat polityczny sprzyja).  W imię ochrony miejsc pracy, lobby polityczne produkuje  więc ideę nacjonalizacji firm budowlanych: „Wpompujmy grube miliony w firmy  z „-mostem” w nazwie, ich kurs giełdowy  natychmiast wystrzeli w górę. Po jakimś czasie papiery odsprzeda się naiwnym, a wyprawka dla  wnuków będzie zabezpieczona ”.

W tej strategii najtrudniejszym zadaniem  jest uzyskanie poparcia społecznego. Ponieważ hasła socjalistyczne – równości oraz  godziwej zapłaty za pracę – nadal wzruszają, wystarczy je wrzucić na rynek idei. Przez jakiś czas „pocyrkulują tam”, rzecz jasna pod postacią poważnych, eksperckich dyskusji (może uda się włączyć w debatę Balcerowicza) , a potem Rząd obwieści rozporządzenie o finansowym wsparciu firm budowlanych celem ochrony miejsc pracy  polskiego ludu.

Kto za podnoszenie cen giełdowych akcji korporacji budowlanych zapłaci?  Wiadomo: nauczyciele i emeryci!!! – tym pierwszym zamrozi się podwyżki, a tym drugim zlikwiduje się ulgi na kosztowne lekarstwa. A co będzie jeśli strategia nie wypali? Być może wówczas przeczytamy w gazetach więcej doniesień o samobójstwach dygnitarzy.

Wojciech Krysztofiak (autor prac naukowych w: „Synthese”, „Husserl Studies”, „Axiomathes”, „Semiotica”, „Filozofia Nauki”)